JANUSZ KORCZAK - człowiek o gorącym sercu

W roku 1878 albo 1879 w rodzinie Goldszmitów w Warszawie urodził się chłopczyk, Henryk. To właśnie ten mały Henryk miał zostać w przyszłości sławnym pisarzem i pedagogiem Januszem Korczakiem, ale jeszcze wcale o tym nie wiedział.

 

Każdy pewnie zapyta w tym miejscu: jak to? Przecież nie można się urodzić albo – albo! No, chyba że w noc sylwestrową, kiedy jeden rok znika, a nadchodzi ten następny... zaś mały Henryk urodził się w lipcu, w samym środku roku. Ale jak wspominał później, jako dorosły już człowiek, jego tato tak długo zwlekał z wyrobieniem mu metryki, czyli świadectwa urodzenia, że w końcu coś tam się pokręciło i tak już zostało.

 

Henryk urodził się w zamożnej rodzinie żydowskiej, jego tata był adwokatem, a dziadek lekarzem w Hrubieszowie, miasteczku nieopodal Lublina.

 

Kim byli Żydzi w Polsce? Teraz ich chyba nie ma? A może są? Żydzi to pradawny naród, pochodzący z Azji Zachodniej, który tułał się od tysiącleci po świecie, a jedną z jego ojczyzn stała się tolerancyjna Polska – Pierwsza Rzeczpospolita. Żydzi z jednej strony żyli według swoich obyczajów w izolowanych społecznościach, z drugiej integrowali się z innymi mieszkańcami, przez co stali się współtwórcami dzisiejszego polskiego społeczeństwa. Druga wojna światowa przyniosła tragiczną zagładę z rąk hitlerowskich Niemiec, podczas której zginęło ponad 90% polskich Żydów.

 

Henryk przyjął polski pseudonim – Janusz Korczak – nawiązujący do tytułu powieści znanego wówczas pisarza Józefa Ignacego Kraszewskiego. Prowadził dom dla żydowskich sierot finansowany głównie przez zamożniejszych Żydów. Pisał wyłącznie po polsku, dla czasopisma „Dos Kind” jego teksty przekładano na jidysz. Obserwacje z kolonii z dziećmi przedstawił w książkach Mośki, Joski i Srule i Józki, Jaśki i Franki. Zginął, wraz ze swymi podopiecznymi, w Treblince, ponieważ był Żydem. W powojennej Polsce uważany jest za bohatera narodowego.

 

„Pan Doktor mówi, że każdy może modlić się po swojemu, a ci, którzy nie chcą, nie muszą modlić się wcale.”

 

Mały Henryk przyniósł sobie na świat piękny, ale bardzo trudny dar. Dar odczuwania cierpień i smutków innych ludzi, a właściwie nie tylko ludzi, ale wszystkich istot żywych. Wkrótce zauważył, że najbiedniejsze, najbardziej bezbronne i najczęściej krzywdzone są dzieci pozbawione opieki i miłości.  Pod koniec życia pisał w swym pamiętniku:

Podobno już wtedy zwierzyłem babuni w intymnej rozmowie mój śmiały plan przebudowy świata. Ni mniej, ni więcej, tylko wyrzucić wszystkie pieniądze. Jak i dokąd wyrzucić i co potem robić, zapewne nie wiedziałem. Nie należy sądzić zbyt surowo. Liczyłem wówczas pięć lat, a zagadnienie żenująco trudne: co robić, żeby nie było dzieci brudnych, obdartych i głodnych, z którymi nie wolno mi bawić się na podwórku (...). Tatulo nazywał mnie w dzieciństwie gapą i cymbałem, a w burzliwych momentach nawet idiotą i osłem. Jedna tylko babcia wierzyła w moją gwiazdę.”

 

Chłopiec chciał też zostać królem, żeby móc ulepszyć świat – wspomina o tym na początku powieści Król Maciuś Pierwszy.

 

Mały Henryk chyba niezbyt przepadał za swoją szkołą. Nic dziwnego – Warszawa była wtedy pod zaborem rosyjskim, to znaczy była częścią rosyjskiego państwa, a w szkole trzeba było mówić tylko po rosyjsku, nawet nie wolno było bawić się w polskie zabawy na przerwach. Nauczyciele byli surowi, dzieci żyły w ciągłym strachu przed karą. Ale za to, kiedy Henryk odkrył książki, zaczytywał się w nich z kretesem, zapominając o świecie zewnętrznym.

 

Kiedy miał kilkanaście lat, na rodzinę spadło wielkie nieszczęście – ciężko zachorował ojciec Henryka. Nie mógł pracować, w domu zaczynało brakować pieniędzy, toteż chłopiec dawał korepetycje młodszym uczniom i okazał się znakomitym, bezpośrednim nauczycielem.

 

Kiedy dorósł, poszedł na studia medyczne, pragnąc zostać lekarzem. Jako student poznawał z przyjacielem biedne dzielnice Warszawy, nawiązując przede wszystkim znajomości z dziećmi, w tym z żebrakami, złodziejaszkami, gazeciarzami. Włóczędzy dawali inspirację do pisania – a Korczak uwielbiał pisać. Pisał dużo przez całe życie – jego artykuły w czasopismach i książki cieszyły się przychylnością czytelników, a w 1937 Polska Akademia Literatury nagrodziła go Złotym Wawrzynem, nagrodą niezwykle prestiżową. Ale obok wspaniałych książek dla dzieci, żarliwie i niepokornie wypowiadał się na temat dzieci, ich sytuacji życiowej, szkół, przytułków dla sierot, „narażając się na zarzut, że zamęt sieje”.

 

Tak, bo prawa dzieci – to było wtedy coś niepojętego dla wielu dorosłych. Przecież prawa są dla ludzi dorosłych, pełnoletnich, którzy mają już dosyć rozumu, żeby umieć z nich korzystać! Nieraz nawet najbardziej kochającym rodzicom nie mieściło się w głowie coś podobnego. Oczywiście, że o dzieci trzeba się troszczyć, żeby nie były głodne, trzeba nakarmić je i ubrać, no nawet kupić im zabawki. Ważne jest, żeby dzieci miały gdzie spać i odpoczywać. O to wszystko muszą troszczyć się rodzice. Ale po cóż dzieciom jakieś prawa? Przecież o wszystkim i tak decydują za nich dorośli. A:

 

Pan Doktor mówi, że każde dziecko ma prawo do swoich tajemnic i do swoich marzeń. I że dzieciom należy mówić prawdę. Dziecko ma prawo być tym, kim jest, i ma prawo do szacunku.

 

Przez siedem lat, od roku 1905, pracował jako lekarz, zyskując sławę i popularność, ale niełatwo mu było pogodzić się z tym, że tylko bogaci mają mieć prawo do zdrowia. Od 1909 pracuje w Towarzystwie „Pomoc dla Sierot” na rzecz utworzenia domu opieki, który powstaje w 1912 na Woli, u zbiegu Krochmalnej (teraz Jaktorowskiej) i Karolkowej. Dyrektor Janusz Korczak zadbał o nowoczesny układ budynku i otoczenia – chciał uniknąć złej sławy dotychczasowych internatów, które są więzieniem, w którym dziecko jest numerem. Decyduje wówczas, że nie założy rodziny – jego dziećmi będą jego podopieczni. W sierocińcu, przy współpracy Stefanii Wilczyńskiej, tworzy nowy rodzaj społeczeństwa dzieci i wychowawców, którego jednym z filarów jest sąd dziecięcy. Kto czuje się skrzywdzony, potraktowany niesprawiedliwie, może podać krzywdziciela do sądu, a sąd naradzi się i sprawiedliwie rozstrzygnie, kto ma rację. Wychowawcy mogli być sądzeni tak samo jak dzieci. Ale oprócz sądu była też w sierocińcu na ścianie tablica podziękowań, gdzie można było wpisać kogoś, kto pomógł, wyświadczył przysługę. 

 

p w ś c p s n
 
 
1
 
2
 
3
 
4
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
30
 
31
 
 
 

Mapa

Zobacz